fbpx

Gdy borelioza bywa mylona ze stresem

Historia naszego Pacjenta – tym razem z boreliozą i malarią północy, czyli babeszjozą.

Czytaj więcej
arrowarrowarrow

01 Początki

Historia naszego Pacjenta – tym razem z boreliozą i malarią północy, czyli babeszjozą. Będzie to historia o Pacjencie Marcinie - aktywnym zawodowo handlowcu w sile wieku, zarządzającymi zespołami, a prywatnie mężu i ojcu trójki dzieci. U Marcina choroba zaczęła się od drobnych objawów w postaci gorszego samopoczucia i narastającego stopniowo zmęczenia. Z czasem pojawił się szum w lewym uchu przechodzący w pisk, który stał się stałym towarzyszem Marcina. Laryngolog – specjalista od uszu - skierował Marcina na diagnostykę do szpitala, po której doszedł do wniosku, że Marcin powinien wykluczyć inne choroby niż laryngologicznie, bo w tym zakresie w jego organizmie wszystko działało jak należy. Do pielgrzymki po kolejnych specjalistach wtedy nie doszło, bo w międzyczasie Marcinowi zmarł tata. To niełatwe doświadczenie trudno było powiązać z piskiem w uchu, ale ze zmęczeniem i gorszym samopoczuciem jak najbardziej. Marcin przeżył śmierć taty, ale nie na tyle, by rozwinęła się u niego depresja. Za to zewsząd słyszał wtedy: „Na pewno gorzej się czujesz, bo przeszedłeś traumatyczne wydarzenia związane z tatą”. Marcin tak często spotkał się z tymi słowami, że sam zaczął się nad tym zastanawiać. Przy coraz bardziej rosnącym zmęczeniu aż prosiło się o diagnozę w kierunku depresji. Tym bardziej, że znalazła się „pierwsza” diagnoza dotycząca pisku w uchu. Pierwsza, ale nie ostatnia! I bynajmniej nie była trafiona! U Marcina zdiagnozowano wtedy tzw. bruksizm – czyli zgrzytanie zębami - uznając go za przyczynę problemów z uchem i zalecono mu noszenie w nocy nakładki na zęby.

02 Objawy

Początkowo Marcin wracał z podróży służbowych zmęczony bardziej niż zwykle. Była to znacząca zmiana samopoczucia, bo jako handlowiec pracujący z zespołem rozsianym po całym kraju, przyzwyczajony był do wojaży od Śląska, przez Warszawę, aż po Gdańsk czy Białystok. Z czasem każdemu powrotowi z pracy zaczęło towarzyszyć wyczerpanie. Pojawił się jeszcze jeden problem - czytając książki, Marcin gubił linijki. Przy przechodzeniu do kolejnej linii tekstu, oczy prowadziły go stale kilka linijek w górę, zapętlając Marcina w lekturze. Podstawowe badania okulistyczne nic nie wykazały. Marcina wysłano do Krakowa, do specjalistycznej kliniki na badania. I podobnie, jak w przypadku problemów z uszami, stwierdzono, że problemy z oczami nie mają źródeł okulistycznych. Zasugerowano, by przyczyny szukać gdzie indziej…

Tymczasem nie tylko linijki w tekście zaczęły odmawiać współpracy z Marcinem. Współpracy zdawała się odmawiać cała głowa, bo spektrum objawów poszerzyło się o potężne zawroty głowy. Tak poważne, że Marcin mógł funkcjonować zawodowo na pełnych obrotach jedynie 3 godziny dziennie. Na szczęście praca pozwala na to, by część dnia pracować z domu, kolejną część dojeżdżać do handlowców, czy wizytować sklepy, sprawdzając standard obsługi klienta.

Był to czwarty rok odkrywania coraz dziwniejszego oblicza dziwnej choroby, która wyniszczała organizm i psychikę Marcina, nie zostawiając w organizmie żadnych wykrywalnych w badaniach śladów. W końcu wyniki miał jak młody bóg. Nawet wtedy, gdy prawie zasłabł i prosto ze szkolenia, które prowadził w Warszawie, trafił do szpitala z podejrzeniem zawału serca! Wyniki były doskonałe, za to serce coraz częściej zdawało się grać w innym rytmie niż do tej pory. W tamtym czasie potrafił co miesiąc umawiać się na badanie Holtera monitorujące pracę serca. Jak mówi: „Wiele razy słyszałem pytanie, czym się stresujesz? Patrzono na mnie jak na wariata, argumentowano, że handlowiec ma stresujący zawód i sugerowano wzięcie leków na uspokojenie. A ja miałem wtedy wyniki w pracy, niezłą sytuację finansową i nie miałam się czym stresować.”

Z czasem doszły inne objawy, od pulsowania pod skórą, różnych objawów wskazujących na ewentualny zawał serca, po drętwienie kończyn. Dopiero wtedy Marcin zaczął mieć poważny powód do stresu, bo nie był w stanie efektywnie pracować. Nagle okazało się, że Marcin nie potrafi już angażować się w pracę, jak kiedyś. Bardzo odbiło się to na jego psychice: „W czasie rozmowy przestawałem słuchać rozmówcę, skupiając się na tym że tak kręci mi się w głowie, że bałem się upaść. Z czasem sama koncentracja na kimś powodowała, że nasilały się zawroty głowy. Zacząłem unikać galerii handlowych, choć to podstawowe miejsce pracy handlowca, bo było w nich za dużo świateł i szumu. W głowie kręciło mi się coraz bardziej, nieraz chodziłem z żoną pod rękę. To był najgorszy objaw, który zabierał mi życie zawodowe.”

03 Diagnostyka

Podobnie jak w przypadku wielu osób zmagających się z dziwnymi objawami w przebiegu boreliozy, o dalszym losie Marcina zdecydował przypadek. Znajoma poznana w przedszkolu, do którego chodziła córka, zaczęła pewnego dnia opowiadać o swoich dolegliwościach. Jej historia miała wiele wątków wspólnych z historią Marcina. Znajoma leżała w szpitalach, nie widziała na jedno oko, lekarze podejrzewali guza mózgu, miała duszności, kołatania serca i zawroty głowy. Okazało się, że winowajcą w jej przypadku była bakteria – krętek boreliozy. Marcin pełny nadziei zrobił badania w kierunku boreliozy. W końcu jakieś badanie miało odchylenie od normy! W dodatku niebagatelne odchylenie! Okazało się, że miał kilkaset procent przekroczone normy.

Wtedy Marcin zaczął leczenie boreliozy. Początki były trudne. Godzinami leżał na podłodze z drgawkami podobnymi do padaczki, kołataniem serca i wypacał z siebie kałuże potu. Dwuletnie leczenie przyniosło poprawę. Wiele objawów ustąpiło, jednak uporczywe zawroty głowy nie chciały ustać. Wtedy w Centrum Medycznym Wielkoszyński zalecono wykonanie badania w kierunku babeszjozy – tzw. malarii północy. Wynik okazał się pozytywny.

04 Po diagnozie

Dopiero kombinacja leków na malarię przepisana na babeszjozę, wraz z antybiotykami na boreliozę oraz ziołami, zrobiła porządek w organizmie Marcina na tyle, że błędnik ustabilizował się i zawroty głowy minęły. Marcin twierdzi pół żartem pół serio: „Mówi się, że po czterdziestce kondycja pogarsza się! Ja myślę, że tę 40tkę dostałem w wieku 33 lat.”

Obecnie Marcin jest kilka lat po leczeniu. Ma w większości lepsze dni, zdarzają się jednak również te gorsze. W tych gorszych światło jarzeniówki – jak mówi – zabija go. Marcin nadal nie potrafi pracować stacjonarnie na pełnym etacie, bo po kilku godzinach zaczyna mu się kręcić w głowie. Musiał wycofać się z prowadzenia szkoleń grupowych, ponieważ nie radzi sobie z tak dużym poziomem bodźców generowanych przez grupę i wymaganym skoncentrowaniem. Mimo to pracuje intensywnie. Stara się pracować częściowo w ruchu i jedynie częściowo w pomieszczeniach.

Pisk w uchu pozostał, a Marcin nauczył się z nim żyć. Zeszły rok odbił się na sytuacji finansowej Marcina, co przyczyniło się do dużych stresów. Dlatego Marcin uważa, że obecnie miewa „mix” stresu z boreliozą. Ocenia, że po leczeniu wrócił do 80% poziomu kondycji sprzed choroby. Pozostałe 20% dotyczy dni, gdy objawy się nasilają.