fbpx

Gdy Stwardnienie rozsiane okazuje się boreliozą

Dziś opowiemy Wam historię Pacjentki, u której uparcie rozpoznawano SM, podczas, gdy jej ciało zjadała borelioza‼ 

Nazwijmy Pacjentkę Dorotą. Dorota ma obecnie 37 lat, z chorobą zmaga się od 6 lat.

Pierwsze objawy u Doroty dały znać o sobie w 2013 roku. Z dnia na dzień pojawiło się słabsze czucie w całej lewej stronie ciała od ręki, przez brzuch do nogi. Brak czucia nie był jednym problemem, drugim nieco bardziej uprzykrzającym normalne funkcjonowanie, było osłabienie całej lewej części ciała. Talerze stały się bardziej śliskie, sztućce dziwnie niepasujące do ręki, przemieszczanie się z dnia na dzień trudniejsze.
W końcu, po kilku tygodniach Dorota zgłosiła się do lekarza, ten skierował ją do szpitala. W szpitalu wykonano rezonans oraz punkcję lędźwiową i po wstępnych badaniach Pacjentka dostała rozpoznanie: stwardnienie rozsiane, czyli SM. W mózgu pacjentki stwierdzono obecność zmian (ognisk) demielinizacyjnych. Ordynator zaznaczył jednak, że chce się wstrzymać z ostateczną diagnozą do otrzymania wyników punkcji. Podejrzewał również boreliozę. Pacjentka dostała jednak od razu skierowanie do neurologa specjalizującego się w SM.
Specjalista od SM uznał, że to na 100% stwardnienie rozsiane i wpisał Pacjentkę do programu lekowego dla chorych na SM. Wtedy Dorota trafiła na prywatną wizytę do kolejnego lekarza. Na wizycie znów pojawiło się podejrzenie boreliozy i lekarz na wszelki wypadek dał skierowanie do specjalisty chorób zakaźnych.
Zakaźnik był czwartym „przystankiem” w poszukiwaniu utraconego zdrowia Doroty. Dla odmiany ten lekarz uznał, że nie widzi w ogóle u Pacjentki objawów boreliozy, w tym neuroboreliozy i zawyrokował, że prawdopodobnie jest to SM. Na wszelki wypadek zlecił jednak badania w kierunku boreliozy.
😐Na tym etapie oficjalną diagnozą było SM, choć u niektórych lekarzy czaiła się na drugim planie potencjalna neuroborelioza. Podczas, gdy jedna część lekarzy dopuszczała taką możliwość, druga w 100% ją wykluczała. Tylko na podstawie czego wykluczała(❓)… bo przecież żadnych wyników badań w kierunku boreliozy jeszcze nie było.
Na przestrzeni 2 tygodni od wyjścia ze szpitala, Pacjentka odwiedziła prywatnie jeszcze jednego lekarza – kolejnego profesora neurologii. Ten przejrzał uważnie płytki z zapisem rezonansu, skonsultował je z kilkoma innymi profesorami i stwierdził, że jego zdaniem objawy pasują bardziej do neuroboreliozy niż do SM, choć znów w jego zespole zdania były podzielone. Jednoznacznej odpowiedzi Dorota nie dostała, bo nie było jeszcze wyników badań w kierunku boreliozy.
Po kilku tygodniach tułaczki od gabinetu do gabinetu, nadeszły wyczekiwane wyników badań m.in. z płynu mózgowo-rdzeniowego i z krwi. Obydwa wykazały obecność przeciwciał przeciw krętkom Borrelia i Pacjentkę skierowano do szpitala zakaźnego. Z braku miejsc Dorota dostała odmowę przyjęcia na oddział zakaźny i wpisano ją na listę osób oczekujących. Wtedy Pacjentka trafiła prywatnie do lekarza chorób zakaźnych i odzwierzęcych, który przez około pół roku leczył ją antybiotykami.
‼😐 Potem diagnoza boreliozy zeszła na plan dalszy. Bo przecież borelioza to choroba, którą łatwo da się wyleczyć, a w tym przypadku specjalnej poprawy po kilku miesiącach brania jednego antybiotyku nie było… Tymczasem drętwienia i parzenia w stopach nasilały się i nie odpuszczał ani na chwilę ogromny ból głowy. Dorota nie mogła dobrze niczego wziąć do rąk i zaczęła wszystko upuszczać. Dopadały ją bardzo bolesne uderzenia gorąca w stopach i rękach do tego stopnia, że kilka razy była przekonana, że ktoś jej wylał wrzątek na rękę. Były też takie momenty, że nie mogła stać o własnych siłach, a mąż i córka pomagali Dorocie przemieszczać się do ubikacji.
Z czasem do pakietu objawów dołączyło słabsze widzenie na jedno oko. Wtedy Dorota dostała rozpoznanie pozagałkowe zapalnie nerwu wzrokowego w przebiegu SM i pierwszy raz podano jej silny steryd – Solu-Medrol. Objawy znów pasowały lekarzom do SM, a wątek neuroboreliozy został zupełnie pominięty. Solu-Medrol jest lekiem immunosupresyjnym i jego podanie powoduje duży spadek odporności, a więc mało sprzyja leczeniu boreliozy i innych zakażeń.
‼😐 Na kolejnych 6 wypisach ze szpitali, do których Pacjentka trafiała, bo stan się coraz bardziej pogarszał, widniało jedno rozpoznanie – SM – i tylko podejrzenie boreliozy lub neuroboreliozy. Jak relacjonuje Pacjentka – „Każdy szpital chciał robić swoją własną punkcję, narażając mnie na niepotrzebne, inwazyjne zabiegi, choć każde kolejne badanie wykazywało niezmiennie zakażenie. Mimo znacznie podwyższonych wskaźników zakażenia, nikt w 6 szpitalach nie zdecydował się postawić mi diagnozy neuroboreliozy.” I co najważniejsze – nikt nie włączył odpowiedniego leczenia, żeby zahamować destrukcyjne działanie bakterii na mój organizm.
W między czasie zbiegiem okoliczności Pacjenta trafiła do Centrum prof. Wielkoszyńskiego na diagnostykę. Dorota pamięta dokładnie pierwszą wizytę: „Profesor stwierdził, że mam tak książkowe objawy neuroboreliozy, że to się rzadko zdarza i że nie widzi podstaw do postawienia diagnozy SM. W centrum wykonano szereg badań specjalistycznych w kierunku boreliozy, koinfekcji i chorób autoimmunologicznych. Profesor chciał również wykluczył dzięki testom m.in. odkleszczowe zapalenie mózgu.”
Leczenie Doroty było na początku bardzo trudne. Okresowo, gdy krętki wymierały i pojawiały się tzw. herxy, samopoczucie było fatalne i Dorotę męczyły 40 stopniowe gorączki. „Gdy objawy się nasilały, całe tygodnie miałam wycięte z życia. Myślałam, że nie wygram tej bitwy i umrę. Teraz jest bez porównania lepiej. Jestem aktywna zawodowo. Choć miewam gorsze i lepsze dni, organizm wrócił do równowagi. Niestety nie udało się cofnąć uszkodzenia nerwu wzrokowego i bardzo źle widzę na jedno oko.”
‼😐 Nie doszłoby do tego, gdyby lekarze nie ignorowali faktów, które niepodważalnie wskazywały na boreliozę i gdyby zaczęli leczyć chorobę, którą przecież da się leczyć! Pasywność lekarzy doprowadziła do nieszczęścia. Leczenie w kierunku SM jest szkodliwe dla Pacjentów z boreliozą. Leczenie SM polega na osłabianiu aktywności układu odpornościowego, żeby nie atakował własnych komórek, podczas, gdy podstawą leczenia boreliozy jest wzmacnianie układu odpornościowego, żeby mógł zwalczać bakterię.
Za zgodą Pacjentki, podzieliliśmy się z Wami tą historią, bo w naszej praktyce nie jest to przypadek odosobniony! Diagnoza od początku zdawała się być oczywista – neuroborelioza. Jednak jak się okazało, nie dla leczących Dorotę lekarzy.
Krętek jest dla wielu lekarzy w tym wypadku niczym potwór z Loch Ness – z jakiegoś powodu tak mało realny i tak przerażający, że nawet gdy staje oko w oko z lekarzem i wręcz gra lekarzowi na nosie obiektywnymi danymi z badań, to i tak trudno lekarzowi w tego potwora uwierzyć. Z jakiegoś powodu lekarze wolą ukryć się za innymi rozpoznaniami, wśród których w takich przypadkach prym wiedzie SM. Tak właśnie stało się u naszej Pacjentki w sześciu kolejnych szpitalach przez kilka kolejnych lat, które doprowadziły do nieodwracalnego spustoszenia organizmu z powodu braku celowanego leczenia.
Obecnie Dorota nadal pozostaje w trakcie leczenia podtrzymującego. Jej stan ogólny, objawy neurologiczne i zaburzenia nastroju uległy znaczącemu zmniejszeniu lub ustąpiły całkowicie. Należy mieć nadzieję, że dzięki leczeniu ukierunkowanemu na krętki i inne bakterie odpowiedzialne za koinfekcje (m.in. bartonelle) efekty te będą trwałe i pacjentka nie wróci do koszmaru objawów sprzed leczenia…
‼😳😕Opisana historia Doroty jest przykładem dość często zdarzających się przypadków rozpoznania SM u pacjentów zakażonych krętkami boreliozy lub innymi atypowymi bakteriami zajmującymi ośrodkowy układ nerwowy (należą tu m.in. bartonelle, chlamydie i mykoplazmy). Postawienie rozpoznania SM zamyka tym osobom możliwość leczenia przyczynowego.😳😕‼